Porada kulinarna - "Wigilijna Golonka”
Święta Bożego Narodzenia to najbliższe mojemu sercu święta spośród wszystkich jakie obchodzimy każdego roku. Ich szczególna bliskość związana jest z wielowiekową tradycją ich obchodzenia, atmosferą i okresem kiedy się odbywają. Są to ciepłe, rodzinne święta bo na zewnątrz hula mroźny wiatr, a moja mama Ewa pierwszego dnia świat zawsze organizuje imieniny, w których uczestniczy mój wujek Adam. Jego imieniny obchodzimy dnia następnego. Więc te święta dla mnie są i ciepłe i rodzinne i biesiadne i gorące od rozmów, spotkań i gorzałki. Takie właśnie staropolskie. Jestem bowiem tradycjonalistom i uwielbiam staropolskie zwyczaje i potrawy. Poza aspektem liturgicznym i duchowym tradycja dotyczy również ciała. Więc proszę przygotujcie wspaniałą soczystą golonkę w piwie, miodzie albo na jaki sposób kto uważa i podajcie ją gościom w pierwszy albo drugi dzień świąt. Tradycja zobowiązuje nas wszystkich do przestrzegania pewnych zasad i taką tradycję szanuję ja i moja rodzina. Kiedy jedziemy do innych krajów, o innej kulturze staramy się nie naruszać zasad współżycia, norm społecznych i tradycji danego regionu. Podobnie postępują ludzie, których znam i nie mają nic wspólnego z nami Polakami. Mam znajomych: ateistów, ludzi innych wyznań, zagranicznych katolików z innych stron świata i wszyscy oni do polskiej Wigilii podchodzą tak jak nakazuje nasza tradycja bo żyją i pracują w Polsce. To wcale nie znaczy, że nie mamy otwierać się na inne kultury, wręcz przeciwnie. Potrawy zupełnie postne z różnych stron świata jak najbardziej powinny się znaleźć na naszym wigilijnym stole jeśli dopuszcza to „nasz dom” i tradycja w jakiej przygotowujemy się i spędzamy czas Świat Bożego Narodzenia. Zdaję sobie sprawę, że Kościół Katolicki nie zabrania spożywania mięsa w tym dniu ale zachęca nas do postu i tradycji. Więc ja się do tej tradycji i postu stosuję.
Jak wygląda moja wigilia. Zawsze spragniony jestem śniegu, no bo co to za wigilia bez niego. Szanuję oczywiście wszystkich tych, którzy wigilię chcą spędzić pod palmami Tunezji albo w cieniu kwitnącej wiśni w Japonii. Ja uwielbiam polską, mroźną, zaśnieżoną, pierwszogwiazdkową wieczerzę i już. Tak więc budzę się i jak nigdy na śniadanie zjadłbym oczywiście jajecznicę na ogromnej ilości boczku zagryzając kanapką z masłem i tłustym baleronem okraszonym ostrym chrzanem. Nieeeeee!!! Krzyczę wniebogłosy dlaczego dzisiaj jest tradycyjna polska wigilia. Delektuję się więc śledzikiem po wiejsku wyobrażając sobie że to właśnie to o czym marzy moje podniebienie. Potem chodzę po domu i robię co mi karzą. No takie tam wynieś, przynieś, pozamiataj a w moich nozdrzach cały czas czuję świdrujący zapach wędzonek, kiełbas i bigosów. Nie wiem skąd on się bierze bo bigos na balkonie przegryza się już trzeci dzień a cała reszta jest zamknięta w piwnicznej lodówce.
- Która to już godzina? - 10.12 no nieźle a do wieczerzy jeszcze tyle czasu, a ja znowu umieram z głodu. Nie znoszę małych dzieci (żart oczywiście) one zawsze mają dyspensę i akurat zawsze w wigilię, w porze drugiego śniadania, trzymają w dłoni pętko swojskiej kiełbasy i pajdę pachnącego chleba – jakby nie mogły sobie zjeść płatków z mlekiem albo bułeczki z kremem czekoladowym.
- Idź mi stąd!… czego tam grzebiesz?… zostaw to!... przynieś mi…! – normalne czułe słówka jak każdej wigilii nie są w stanie zagłuszyć odgłosów mojego żołądka, któremu nawet przesmaczny śledzik nie dał rady. - Booooczku, szyyyyyynki, kieeeeełłłbasy!!! - woła burkliwie z głębi moich trzewi i chwyta mnie w uścisk, taki że powoduje omdlenie.
12.17 jestem całkowicie osłabiony i wykończony. – Odkurzyłeś już!!!? – dobiega mnie z kuchni – Już, już odkurzam…- odpowiadam głosem tak słabym że ledwie słyszalnym - i stół rozłóż!!! – tak, tak oczywiście – kto mi tu tak nabrudził!!!? – udaje że nie słyszę.
14.20 - nie wiem jak wy ja już widzę pierwszą gwiazdkę. Nie wiem tylko czy na niebie czy to objaw dręczącego mnie fizjologicznie głodu; Potęgowanego tymi wszystkimi zapachami, których zwykle nie czuję.
- Ubrani!!! Jak ty wyglądasz!!!? Gdzie krawat, opłatek i sianko!!!? – jaki krawat jakie sianko – opłatek rozumiem to coś do jedzenia. – Łukasz, Paulina, Asia jest już pierwsza gwiazdka? Pomagam oczywiście im ją dojrzeć na całkowicie zachmurzonym niebie. – No ale ja nie widzę – ktoś skrzeczy – Okulary sobie kup – odpowiadam. Jest!!! Oczywiście że jest pierwsza gwiazdka.
Przy stole, modlitwa, opłatek życzenia. Uczestniczę we wszystkim z całym zaangażowaniem. I jest, w końcu jest – zupa grzybowa mmmmmmmmm co za zapach, co za smak i kolejne specjały i kolejne: śledzik na kilka sposobów, czerwony barszczyk świąteczny z pierogami, karp smażony z ziemniakami i postną kapustą, kluski z makiem, kompot z suszu, kulebiak, kutia. Warto było cały dzień tak się męczyć, bo chociaż bezmięsnie to jak smacznie i pięknie wszystko podane i takie inne i takie cudowne. Już napełniony i bez marsza granego przez moje kiszki przystępujemy do śpiewania kolęd i pastorałek. No cóż „… śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”. Pasterka. Powrót do domu, zima zimno mróz. No to co śledzik i golnijmy coś mocniejszego, na golonkę będzie czas za kilka godzin.
Pyniu
Zobacz pozostałe porady
Jak wygląda moja wigilia. Zawsze spragniony jestem śniegu, no bo co to za wigilia bez niego. Szanuję oczywiście wszystkich tych, którzy wigilię chcą spędzić pod palmami Tunezji albo w cieniu kwitnącej wiśni w Japonii. Ja uwielbiam polską, mroźną, zaśnieżoną, pierwszogwiazdkową wieczerzę i już. Tak więc budzę się i jak nigdy na śniadanie zjadłbym oczywiście jajecznicę na ogromnej ilości boczku zagryzając kanapką z masłem i tłustym baleronem okraszonym ostrym chrzanem. Nieeeeee!!! Krzyczę wniebogłosy dlaczego dzisiaj jest tradycyjna polska wigilia. Delektuję się więc śledzikiem po wiejsku wyobrażając sobie że to właśnie to o czym marzy moje podniebienie. Potem chodzę po domu i robię co mi karzą. No takie tam wynieś, przynieś, pozamiataj a w moich nozdrzach cały czas czuję świdrujący zapach wędzonek, kiełbas i bigosów. Nie wiem skąd on się bierze bo bigos na balkonie przegryza się już trzeci dzień a cała reszta jest zamknięta w piwnicznej lodówce.
- Która to już godzina? - 10.12 no nieźle a do wieczerzy jeszcze tyle czasu, a ja znowu umieram z głodu. Nie znoszę małych dzieci (żart oczywiście) one zawsze mają dyspensę i akurat zawsze w wigilię, w porze drugiego śniadania, trzymają w dłoni pętko swojskiej kiełbasy i pajdę pachnącego chleba – jakby nie mogły sobie zjeść płatków z mlekiem albo bułeczki z kremem czekoladowym.
- Idź mi stąd!… czego tam grzebiesz?… zostaw to!... przynieś mi…! – normalne czułe słówka jak każdej wigilii nie są w stanie zagłuszyć odgłosów mojego żołądka, któremu nawet przesmaczny śledzik nie dał rady. - Booooczku, szyyyyyynki, kieeeeełłłbasy!!! - woła burkliwie z głębi moich trzewi i chwyta mnie w uścisk, taki że powoduje omdlenie.
12.17 jestem całkowicie osłabiony i wykończony. – Odkurzyłeś już!!!? – dobiega mnie z kuchni – Już, już odkurzam…- odpowiadam głosem tak słabym że ledwie słyszalnym - i stół rozłóż!!! – tak, tak oczywiście – kto mi tu tak nabrudził!!!? – udaje że nie słyszę.
14.20 - nie wiem jak wy ja już widzę pierwszą gwiazdkę. Nie wiem tylko czy na niebie czy to objaw dręczącego mnie fizjologicznie głodu; Potęgowanego tymi wszystkimi zapachami, których zwykle nie czuję.
- Ubrani!!! Jak ty wyglądasz!!!? Gdzie krawat, opłatek i sianko!!!? – jaki krawat jakie sianko – opłatek rozumiem to coś do jedzenia. – Łukasz, Paulina, Asia jest już pierwsza gwiazdka? Pomagam oczywiście im ją dojrzeć na całkowicie zachmurzonym niebie. – No ale ja nie widzę – ktoś skrzeczy – Okulary sobie kup – odpowiadam. Jest!!! Oczywiście że jest pierwsza gwiazdka.
Przy stole, modlitwa, opłatek życzenia. Uczestniczę we wszystkim z całym zaangażowaniem. I jest, w końcu jest – zupa grzybowa mmmmmmmmm co za zapach, co za smak i kolejne specjały i kolejne: śledzik na kilka sposobów, czerwony barszczyk świąteczny z pierogami, karp smażony z ziemniakami i postną kapustą, kluski z makiem, kompot z suszu, kulebiak, kutia. Warto było cały dzień tak się męczyć, bo chociaż bezmięsnie to jak smacznie i pięknie wszystko podane i takie inne i takie cudowne. Już napełniony i bez marsza granego przez moje kiszki przystępujemy do śpiewania kolęd i pastorałek. No cóż „… śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”. Pasterka. Powrót do domu, zima zimno mróz. No to co śledzik i golnijmy coś mocniejszego, na golonkę będzie czas za kilka godzin.
Pyniu
Zobacz pozostałe porady
